22.35
piątek, 18.05.2012
[…]
W duchu odetchnęłam
z ulgą. Bezpośrednie zagrożenie bycia wykrytym przez policję minęło. Teraz, gdy
podniecenie walką opadło, zdałam sobie sprawę, że moje chwilowe bezpieczeństwo
oznacza brak pomocy ze strony policji- a przecież, poza wojskiem, to policja
miałaby największe szanse przywrócić porządek… gdyby jeszcze działała. Gdyby
jeszcze do czasu przybycia posiłków przeżył ktoś, dla kogo można by przywracać
porządek…
Ale… skąd mogłyby
przyjść posiłki? Czy okoliczne wsie też są zainfekowane? Czy nawet Wrocław jest
opanowany chorobą? Czy może jednak to tylko tu, a rodzice i brat są bezpieczni?
Niepewność i brak jakichkolwiek informacji przytłoczyły mnie… Czułam się mała i
nieważna, a jednocześnie osaczona w tym ciasnym, wręcz klaustrofobicznym
pokoju. Chciałam natychmiast się stamtąd wydostać.
Spojrzałam na
Wiktorię. Wciąż była mocno wzburzona, zdawała się także zatopiona we własnych
myślach. Była jednak wyraźnie zdecydowana dotrzeć do naszej klasy, bez względu
na ryzyko. Przeszukiwała jakąś szufladę, wyciągając z niej dziesięć małych
nożyków, bandaże i sztylet (nie mam pojęcia jak udało jej się zabrać to
wszystko do internatu), po czym spakowała się do czarnej torby na ramię.
Spojrzała na mnie i po chwili namysłu oddała mi sztylet. Powiedziała, że
metalową rurą nieszczególnie można się bronić. Żałowałam jednak, że sztylet
jest taki krótki… Wtedy przypomniałam sobie, że pewnie mam gdzieś w pokoju
procę, którą dostałam od wujka Cezarego. Nie chciałam wracać do pokoju 2.07,
ale czy w tej sytuacji miałam wybór? Wszystko może nam się przydać. Poprosiłam
Wiki, aby przed wyjściem wstąpić do mojego pokoju.
W drodze do domu
Moniki przejrzałam jeszcze raz zawartość swojego plecaka i kieszeni. Mocne
rękawiczki sportowe (takie bez palców), proca, około 50 metalowych i szklanych
kulek do gry (postanowiłam używać ich jako amunicji), środki przeciwbólowe i
rozkurczowe, maści na oparzenia i temu podobne, chusteczki i płyn
dezynfekujący, waciki, butelki z wodą, czekolada i herbatniki (zawsze mam trochę
na wypadek odwiedzin znajomych), mała apteczka (którą dostałam za jeden z konkursów
pierwszej pomocy), komórka i klucze. Do małej kieszonki wrzuciłam kolczyki i
naszyjnik (nie chciałam ich zgubić, poza tym noszenie ich w walce byłoby
niebezpieczne), a na sobie zostawiłam jedynie zegarek. Do plecaka wpakowałam
także bluzę, przez co wszystkie przedmioty w środku były miękko trzymane w
miejscu. Do paska spodni przytroczyłam pochwę z tanto- sztyletem, który
otrzymałam od Wiki. Miałam nadzieję, że to wystarczy…
Droga zajęła nam
jakieś pięć minut i około 18.40 byłyśmy niedaleko domu Moniki. Gdy brakowało
nam kilkunastu metrów do drzwi, Wiktoria zwróciła mi uwagę na sześcioro osób
włóczących się po ulicy osiedla. Wyjęłam procę i wycelowałam w okno jednego z domów…
na szczęście hałas zwrócił uwagę większości chorych, którzy ruszyli w jego
stronę i wdrapali się do środka przez okno. Pozostał tylko (lub aż) jeden
mężczyzna- wcześniej musiał usłyszeć cichy pomruk silnika i nic nie zrobił
sobie z mojej próby odwrócenia uwagi… Wiktoria stwierdziła, że nie mamy na to
czasu i ruszyła. Zaczęła przyśpieszać w jego stronę… zamknęłam oczy. Usłyszałam
uderzenie, trzask łamanych kości i nieludzki warkot wściekłości i bólu, przy
czym mocno szarpnęło samochodem. Wiktoria wycofała i minęła ciało. Nie odwróciłyśmy
się za siebie.
Samochód miał
zostać na ulicy przed domem Moniki, ponieważ podjazd był zajęty przez
siedmioosobowego sharana Daniela, który pożyczył go od ojca. Za autem Daniela
stał volkswagen Ani, a w garażu były jeszcze pewnie auta Roberta i Kaśki. Ta
czwórka miała nie pić na tej osiemnastce, bo chociaż mogliby, to są także
jedynymi osobami posiadającymi nie tylko prawo jazdy, ale także dostęp do
samochodów. Mieli oni odwozić wszystkich do domu.
Wysiadłyśmy z
samochodu rozglądając się uważnie dookoła. Miałam wrażenie, że za chwilę
wyskoczy na nas horda wściekłych ludzi… ale nic się nie działo. Na ulicy
panował spokój ciepłego, majowego popołudnia, z którym kontrastowały otwarte na
oścież drzwi do niektórych mieszkań, wybite okno z szkłem rozsypanym na
idealnie przystrzyżonym trawniku, ślady krwi na chodniku i powyginane ciało
leżące na środku ulicy.
Otrząsnęłam się i
powoli zajrzałam przez okno domu Moniki. Zobaczyłam scenę jak po popijawie-
jakieś dwadzieścia osób leżących gdzie popadnie w obszernym salonie połączonym
z kuchnią. Jednak to były osoby, które od dawna znam, nie było nawet siódmej
wieczorem, a urodziny trwały dopiero
dwie i pół godziny. Zbyt dobrze wiedziałam, że to nie alkohol ich zmorzył.
Wymownie spojrzałam
na Wiktorię. Odwzajemniła spojrzenie. Obie wiedziałyśmy, że jest już za późno.
Kiedy nastepne? :]
OdpowiedzUsuńJak napiszę to będzie ;P
OdpowiedzUsuńNo wiesz jak to zabrzmiało? :D Ale naprawdę: wszyscy mamy napisane po kilka postów do przodu, tylko czasem mamy problem... z pamiętaniem żeby je zproofreadować (poszukać literówek itp). A już wogóle w sytuacji kiedy niektórzy mają udowodnione problemy z pisaniem liter po kolei :P Przez to musimy sprawdzać po kolei sobie nawzajem, a podesłanie tekstów każdemu z osobna i sprawdzenie ich zajmuje tyle czasu... że po takim długim czasie pracy nad tym jesteśmy z siebie tak dumni że zapominamy to wrzucić!
OdpowiedzUsuńKto ma napisane do przodu ten ma :D No dobra już piszę piszę :D
OdpowiedzUsuńProszę o więcej :)
OdpowiedzUsuńZamierzacie jeszcze wrzucic jakis rozdział?
OdpowiedzUsuń