niedziela, 11 sierpnia 2013

Telefon na komisariat


Legenda:
+ głos ze słuchawki
- Wiktoria
~ Agata

+Słucham?
Wiktoria, zdumiona spokojnym męskim głosem dobywającym się ze słuchawki, tak bardzo kontrastującym z horrorami, które dziewczyny przed chwilą przeżyły, przez chwilę oniemiała gapiła się w telefon. Po chwili zreflektowała się:
-Czy… dodzwoniłam się na komisariat?
+Tak, co się stało?
Wiktorii, pod wpływem niezmiennie stoickiego głosu puściły nerwy.
-Jak to, co się stało?! Wyjrzyj przez cholerne okno!
+Widzę co się stało, czy mogę ci pomóc?
-Nie no, nie musisz nam pomagać, tak sobie tylko dzwonię, żeby z kimś pogadać… No jak myślisz? Tak, możesz nam pomóc! Razem z koleżanką utknęłam w szkolnym internacie przy liceum, a wokół roi się od… potworów!
+No nie mogę ci teraz przysłać wsparcia.
W tym momencie wtrąciła się Agata:
~To co wy teraz wszyscy robicie? Dlaczego nikt nic z tym chaosem nie robi?
+To zależy kogo masz na myśli mówiąc „wy”. Jeśli masz na myśli policjantów, prawdopodobnie włóczą się gdzieś ze swoimi sztywnymi koleszkami.
~To znaczy… że policja… nie istnieje?!
+Nie istnieje to złe słowo, gnije sobie gdzieś na mieście.
-To kim ty do jasnej cholery jesteś?!
+Księciem Ciemności. Czy to ważne? Teraz liczy się przede wszystkim wyciągnięcie was stamtąd. Potrzebujecie nagłej pomocy czy jesteście chwilowo bezpieczne?
-Chwilowo tak, pozbyłyśmy się największego zagrożenia.
+Łał, mam do czynienia  z profesjonalistkami. Czy któraś z was jest poważnie ranna ranna?
-Nie, jestem tylko draśnięta.
+Czy któraś z was wykazuje jakieś objawy choroby?
-Co masz na myśli?
+Macie gorączkę albo coś innego? Czy któraś czuje się chora?
Dziewczyny pytająco spojrzały na siebie.
~Nie, chyba wszystko w porządku.
+A kojarzycie, czy ktoś jeszcze mógł mieć tyle szczęścia co wy i wciąż żyje?
~Ludzie z naszej klasy są na imprezie urodzinowej… Na… Wietrznej 30?
+Cholera… To daleko ode mnie… Nie wyrobię się ze wszystkimi…
-To same tam pójdziemy, skoro Szanowny Pan Ja-Się-Nie-Wyrobię nie może! Jest Apokalipsa! A ty mówisz, że się nie wyrobisz? O matko, człowieku!
+O matko, małpko!
-Małpko?! Jeszcze po zdrobnieniach do mnie?! Jak dla ciebie to Pani Małpa! Kim ty niby jesteś że się tak do mnie odzywasz?
+Jestem początkiem i końcem.
-Jak tam dojdę, to ci tak koniec złoję, że początku nie będziesz pamiętał!
W tym momencie Agata wyrwała Wiktorii telefon.
~No dobra, koniec tego dobrego! Pomożesz nam czy nie?!
+No.. Wiecie, mogę wam pomóc, ale mam tu jeszcze innych ocalałych na głowie, wszyscy potrzebują pomocy…
-No to idziemy same!
+Poczekajcie, macie przynajmniej jakąś broń?
-Mamy katanę, potrafimy się bronić!
+Aaa, katanę macie? Nooo, to zmienia postać rzeczy, nie no, z takim orężem idźcie wyzwalać miasto, może od razu się na krucjatę zapiszecie?
-Czy ty uważasz, że nie potrafię się nią posługiwać?
+Tego nie powiedziałem, ale próbowałaś kiedyś przebić się czymś takim przez 600 osób? Spróbuj, zobaczymy jak ci pójdzie. Ale teraz na poważnie: przeciwko średniej liczbie przeciwników bez problemu dacie sobie radę, ale na otwartym terenie w tłumie przeciwników zginiecie. Nie będziecie miały szans…
~Nie będziemy wychodzić na otwartą przestrzeń- pojedziemy autem. A na miejscu… Cóż, spróbujemy wynieść się stamtąd  jak najszybciej się da.
+Czy was Bóg opuścił?
~Możliwe. Ale my nie opuścimy naszych przyjaciół.
+Dobra, jeśli już koniecznie musicie iść, to w takim wypadku miło byłoby was w najbliższym czasie zobaczyć żywe. Dziś albo jutro wszystkie osoby które uda mi się odnaleźć zaprowadzę do bunkra znajdującego się pod liceum. Postarajcie się też tam dotrzeć.
~No to… do zobaczenia?
-Żegnaj.
Wiktoria oschłym tonem rzuciła w stronę słuchawki.
+Ciao.
Agata rozłączyła się. Spojrzała na Wiktorię i obie ruszyły ostrożnie w stronę drzwi.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Piekło i nieoczekiwany telefon

23:40 czwartek, 17.05
Napierali na ogrodzenie tak, że lada moment mogło się wszystko przewrócić. Wyciągali ręce w stronę przechodzących wewnątrz ogrodzenia ludzi. W tej chwili byłam bardzo zadowolona z tego, że postanowiliśmy ogrodzić cały plac, a nie tylko jego część. Ci na zewnątrz wyglądali tak samo jak mężczyzna, którego wcześniej spotkałam. Mieli tak samo pusty wzrok i wygłodniały wyraz twarzy. Nie miałam zielonego pojęcia co się dzieje, ale wiedziałam, że nie powinniśmy podchodzić do tych osób...

Wraz usłyszeliśmy rozdzierający krzyk... Gdy spojrzeliśmy w tamtym kierunku, zobaczyliśmy że pewna kobieta ma odgryziony wielki kawał mięsa (piszę mięsa, bo nie potrafię tego inaczej nazwać...) z lewego ramienia. Patrzeliśmy na to w osłupieniu... Jakbyśmy byli w transie... W międzyczasie drugie coś (coś, bo nie umiem sobie wyobrazić, by człowiek był zdolny do czegoś tak okrutnego...) wgryzło jej się w kark i odgryzło następny kawał mięsa... Zdaliśmy sobie sprawę (nie wiedzieliśmy dlaczego z takim opóźnieniem... Chyba przez szok...), że kobieta byłą przyciśnięta do szpary w ogrodzeniu i że właśnie dlatego jednemu z nich udało się sięgnąć jej szyi. Trwało to mniej niż minutę. Krzyki kobiety szybko ucichły, a my oprzytomnieliśmy w momencie, w którym rozpętało się piekło...

Ogrodzenie nie wytrzymało i w końcu się przewróciło, wpuszczając te coś... W naszą stronę ruszyły więc hordy tych istot... Alex wspomniał wcześniej, że wydają one dziwne odgłosy... Zdałam sobie sprawę, że tymi odgłosami są warczenia i pojękiwania... Pojękiwanie ok, ale warczenie?! Żadna istota ludzka nie jest zdolna do takiego warczenia... Przypominało ono bardziej warczenie zwierzęcia, choć też nie do końca... Gdy Alex mną potrząsnął zdałam sobie sprawę z tego, że stoję i gapię się na to wszystko (czyli rozrywanie ludzi żywcem przez bliżej nieokreślone istoty) jak zaklęta. Tak się składało, że stała tu pewna chatka (albo szopka, jak kto woli), w której zostawiliśmy wszelkie narzędzia, rekwizyty, itd. Było tam więc coś czego mogliśmy użyć jako broń, jak np. moje noże i kule. Alex pociągnął mnie w tamtą stronę. Biegliśmy najszybciej jak mogliśmy. Nie wiedzieliśmy, gdzie podziała się Ania... Nie mogliśmy jej znaleźć w tym tłumie.

Przeglądając tłum za Anią, zauważyłam Patrycję... To coś dopadło ją tak samo, jak większość tutejszej ludności... Widziałam jak jest zjadana żywcem... Patrząc na to (nie umiałam odwrócić wzroku) potknęłam się i upadłam... Alex pomógł mi wstać i...

To wszystko moja wina... Gdyby nie ja, Alex nadal by żył... Gdy pomagał mi wstać, to coś rzuciło się na niego... I wgryzło się w bark... Za nim przyszły inne, przyciągnięte zapachem świeżej krwi... Alex krzyczał bym się ukryła, bo nie mogę mu pomóc... Było ich za dużo... Widziałam jeszcze jak go rozszarpują... Ach Boże... Rozszarpywali go żywcem... Wyszarpywali kończyny i... I chcieli dostać się do wnętrzności, więc... Nie mogę... Po prostu nie mogę tego napisać... Widziałam jego twarz gdy to robili... Wdać było, że przeżywał niewyobrażalne katusze... Ale ani razu nie krzyknął... Ani razu... Trwało to może kilka minut... Nie wiem dokładnie, bo po kilku sekundach ruszyłam się z miejsca i pobiegłam do chatki. Gdy tam dotarłam, zatrzasnęłam za sobą drzwi... To coś próbowało dostać się do środka, ale po pewnym czasie chyba o mnie zapomniało... Nie mogę uwierzyć w to, że to wszystko trwało zaledwie kilka, kilkanaście minut... Wydawało mi się, że trwało to kilka godzin... Gdy wszystko się skończyło, była może 17:15.

Może, gdybym powiedziała komuś o tym facecie, to sprawy potoczyłyby się inaczej... A jeśli to naprawdę wszystko tylko i wyłącznie moja wina? Nie wiem i nie wiem czy wiedzieć chcę... Więc... Gdy wszystko się skończyło zaczęłam przeszukiwać chatkę... Znalazłam jedzenie, latarkę, zeszyt (jak już wcześniej wspomniałam) i inne mniej lub bardziej przydatne rzeczy. Później nie wiedziałam co z sobą zrobić, więc zaczęłam słuchać muzyki (z czytnika, który wzięłam z domu) przez słuchawki na fula... Jeśli coś weszłoby do chatki, byłoby po mnie... Nic się jednak nie stało... Gdy się znudziłam zaczęłam pisać pamiętnik...

I oto jestem... Cała i zdrowa... Niezbyt wiem czy mam się z tego powodu cieszyć... Jeśli zginęła moja rodzina... Nie! Nie mogę o tym myśleć... Może to coś dzieje się tylko tutaj... Mam nadzieję, że tak... Ale niestety nadzieja matką głupich...

Jest już późno... Spróbuję zasnąć... Zobaczymy czy mi się uda...

10:00 piątek, 18.05
Godzinę temu dzwoniła Anita... Gdy odebrałam i okazało się, że to ona... Byłam tak cholernie szczęśliwa... Szczęście jednak szybko minęło i zmieniło się w rozpacz...

Kiedy odebrałam, słychać było, że jej ulżyło... Powiedziała, żebym nie wracała do domu (zorientowała się, że pojechałam do Mroczków wcześniej niż powinnam), bo ludzie się tam zabijają... Nie chciałam jej martwić, więc nie powiedziałam jej, że tutaj wszyscy ci „normalni” prawdopodobnie też nie żyją. Ona... Przekazała mi pewne wieści. Powiedziała mi, że rodzice nie żyją...

Zaczęło się od tego, że mimo choroby Damiana, Anita i Damian chcieli przyjechać do rodziców. Przyjechali w czwartek o 14:00. Damianowi ciągle się pogarszało, więc wszyscy stwierdzili, że dobrze mu zrobi sen. Więc poszedł.

Ok 16:20 wszyscy (prócz chorego) siedzieli w kuchni. Usłyszeli jak ktoś schodzi po schodach na dół (drzwi do kuchni i do pokoju Damiana były otwarte). Po chwili do kuchni wszedł Damian i podszedł do taty... W pewnym momencie rzucił się na ojca i wyszarpnął kawał mięsa z jego szyi. Ojciec szybko się wykrwawiał, a po chwili przestał się ruszać. Matka próbowała odciągnąć Damiana od ojca i jednocześnie krzyczała, by Anita gdzieś się ukryła. Anita widziała jeszcze jak to coś, co przypominało Damiana rzuca się na mamę. W całym domu było słychać już tylko krzyki mamy... Anita zadzwoniła tak szybko, jak tylko mogła...

Gdy skończyła opowiadać, usłyszałyśmy coś... To dochodziło z jej strony... Nie miałam pojęcia co to mogło być... Anita krzyknęła i zaczęła do kogoś mówić... Zorientowałam się, że Damian musiał się dostać do pokoju, w którym była Anita... Zaczęła krzyczeć... Coraz głośniej... Po chwili zorientowałam się, że ja również wydzieram się na całe gardło,a po policzkach ciekną mi ciepłe łzy... Momentalnie wszystko ucichło... Tylko ja dalej nawoływałam... Gdy wreszcie ucichłam, usłyszałam jak to coś dobija się do drzwi chatki... Po jakimś czasie przestało... 


Jeśli Damian był chory na nieznaną chorobę i przemienił się w to coś... To... Nie, przecież to musi być zbieg okoliczności... A może jednak... Czy Basia też zmieniła się w tą istotę? Co jeśli to wszystko przez tą chorobę? Jeśli tak... Cholera! Ja i ci co przeżyli (oczywiście jeśli wgl ktoś jeszcze przeżył...) mamy przerąbane...

A to coś... Strasznie przypomina mi zombie z filmów... Ale to niemożliwe... Przecież musi być jakieś logiczne wyjaśnienie... Ale jak wytłumaczyć ten pusty wzrok i wygłodniały wyraz twarzy? Przecież mordują ludzi z zimną krwią... Mordują ludzi...

O Boże zamordowały moją rodzinę (taa... Spostrzegawcza mała ja -_-)! Już nie mam nikogo... Ani przyjaciół, ani rodziny... I co ja mam teraz zrobić?! Nawet jeśli ktoś jeszcze przeżył to co z tego... To już nie ma sensu... A gdyby tak... Nie... Nie mogłabym tego zrobić... Gdybym wyszła teraz, gdy przeżywam załamanie nerwowe... Powiedzmy, że można by to uznać za samobójstwo, a tego nie zrobiłabym rodzicom... Choć już nie żyją... Postaram się nie zginąć...

Gdy się uspokoję, zobaczę co mogę zrobić, by wydostać się z tego cholernego miejsca...