22.25
piątek, 18.05.2012
[…]
Droga do internatu
zajęła nam około 7 minut. Wiktoria musiała bardzo uważnie jechać, bo po drodze
musiałyśmy mijać samochody stojące na środku drogi, których na szczęście nie
było zbyt dużo. Za każdym razem wyglądałam przez okno uważnie przyglądając się
kierowcy i pasażerom. Żadna z tych osób nie wykazywała oznak tej szaleńczej
choroby- ale wszystkie były bez wątpienia martwe. Z zakrwawionymi ubraniami,
siedzieli w otwartych samochodach lub byli niedbale wywleczeni na ulicę.
Podczas jazdy
streściłam Wiktorii w jaki sposób znalazłam się w szpitalu. Opowiedziałam jej o
przeziębieniu Klaudii, dziwnych symptomach choroby i próbie dodzwonienia się do
szpitala. Nie chciałam opisywać jej okropnych scen, których byłam świadkiem w
szpitalu, ale stwierdziła, że poznanie sposobu zachowania chorych może być
bardzo przydatne. Wspomniałam jej też o hałasach, które słyszałam na korytarzu,
gdy czekałam na jej przybycie. Doszłyśmy do wniosku, że w szpitalu musiał być
ktoś świetnie posługujący się bronią palną. Stwierdziłam, że jednak cieszę się
że ów ktoś mnie nie znalazł- osoba szwędająca się po szpitalu i z zimną krwią
mordująca ludzi może być niebezpieczna także dla nas, mimo że żadna z nas nie
wygląda na chorą.
Wiktoria także
opowiedziała mi, co się z nią działo zanim po mnie przybyła. Powiedziała mi, że
na treningu kendo większości osób nie było, a nawet jeśli przyszli na zajęcia,
to wyglądali na chorych i słabych. Nawet jej sensei wyglądał nieswojo. Po
treningu wróciła do internatu, gdzie bez powodu rzucił się na nią jakiś uczeń.
Próbowała przemówić mu do rozsądku, ale wyglądał jakby nie rozumiał żadnego jej
słowa. Broniąc się, uderzyła go bokkenem (okazało się, że jest to drewniana
katana do ćwiczeń) i odsunęła od niego, ale już się nie poruszył. Ruszyła wtedy
do swojego i Magdy pokoju, ale poza jeszcze dwoma szalonymi osobami nikogo nie
spotkała. Gdy dotarła do pokoju, schroniła się w nim. Wtedy przypomniała sobie
o urodzinach Moniki i zaczęła dzwonić do wszystkich z klasy po kolei, ale nikt
poza mną się nie odezwał. Gdy dowiedziała się, że jestem uwięziona w szpitalu,
wzięła się w garść i pobiegła mi pomóc. Po drodze spotkała jeszcze innych
pozmienianych, pozbyła się jednak strachu i wyrzutów sumienia- stwierdziła, że podobni
byli bardziej do potworów niż ludzi oraz że stali pomiędzy nią a szpitalem, a
nie miała czasu do stracenia. Po jakiś 15 minutach od naszej rozmowy wpadła do
szpitala i idąc korytarzem znowu do mnie zadzwoniła- dowiedziałam się, że
wyjęła komórkę będąc dosłownie za rogiem Oddziału Wewnętrznego i to jej kroki
poderwały mnie wtedy na nogi. Wchodząc na OW zobaczyła trupy osób, przed
którymi uciekałam, oraz ich rany postrzałowe. Potem znalazła siekierkę
przeciwpożarową tam, gdzie jej powiedziałam, wróciła pod drzwi, przesunęła
przeszkadzającego jej trupa i rozniosła drzwi w drzazgi. Wtedy do niej
dołączyłam.
Muszę przyznać, że
podziwiam Wiktorię. Wiedziała, że jeśli wyjdzie z pokoju, to jej znajomi,
pozmieniani tym dziwnym przeziębieniem znowu się na nią rzucą. Wiedziała, że
będzie musiała się bronić… A nie mając możliwości porozumienia się z nimi,
obrona będzie oznaczała atak. Wiedząc o tym wszystkim wzięła nawet swoją
prawdziwą katanę zamiast tego drewnianego bokkena do ćwiczeń, gotowa zabić
każdego, kto stanie jej na drodze i przeszkodzi w dotarciu do mnie…
Do mnie? Niby czym
zasłużyłam sobie na takie poświęcenie z jej strony? Nie dość, że jak głupia
leciałam pieszo do szpitala, to jeszcze nie potrafiłam sama się obronić! Nie
dość, że zmusiłam ją do przybiegnięcia do budynku pełnego szaleńców, to jeszcze
nie ostrzegłam jej o jakimś innym człowieku bez skrupułów strzelającym do
nieuzbrojonych, chorych ludzi! Zamiast wyjść z dyżurki i zająć się sama swoim
problemem, zabarykadowałam się w środku i schowałam pod biurkiem! A moja późniejsza
reakcja w internacie…
Wiktoria jest
bohaterką. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.
A ja? Jedyne co
mogę teraz zrobić to starać się jej odpłacić za wszystko, co dla mnie robi.
Przyłączę się do niej. Pójdę za nią wszędzie. I może, pewnego dnia, dane mi
będzie spłacić mój dług…
Ale jeśli mam iść
za Wiktorią, nie mogę być dla niej ciężarem. Spróbuję nauczyć się walczyć… Nie.
Nauczę się walczyć. Zrobię to. Bez „muszę’ czy „nie mogę”.
„Try not. Do, or do not. There is no try”, jak to
powiedział pewien zielony mistrz Jedi, prawda?