22.30
piątek, 18.05.2012
[…]
O godzinie 18.01
otworzyłam kluczem drzwi do pokoju 2.07.
Po piekle, jakie
przeszłyśmy na korytarzu, ten pokój wydawał mi się nierealnie spokojny.
Wszystko wyglądało tak, jak to zostawiłam- pościelone łóżko, biurko z leżącym
na nim Niezapominajnikiem, „Gra Endera” z włożoną do środka zakładką leżąca na
stoliku nocnym obok nakręcanego budzika, książki szkolne na szafkach, firanki
okienne, które Klaudia uparła się powiesić, delikatnie falujące w popołudniowym
wiaterku…
Klaudia… leżała
spokojnie na swoim łóżku. Była bardzo cicho. Spodziewałam się… nie wiem czego.
Utkwił mi w głowie obraz krwi na poduszce i jej okropny, charczący kaszel.
Teraz była jednak spokojna, choć nie widziałam jej twarzy, gdyż była odwrócona
w stronę ściany. Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę to wszystko się działo,
czy to, co przeżyłam w szpitalu poprzekręcało mi wspomnienia…
W tym momencie
zobaczyłam krew na pościeli. Upewniło mnie to, że nie wyobraziłam sobie tego krwawego kaszlu,
dziwnego jak na zwykłe przeziębienie.
Wiktoria z cichym
skrzypieniem zamknęła drzwi. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że od kilku
sekund wpatrywałam się w Klaudię szukając u niej jakichkolwiek oznak życia.
Zapytałam Wiki, czy widzi, aby Klaudia oddychała, ale ona tylko kazała mi
trzymać się za sobą i powoli nachyliła się nad łóżkiem. Z wyciągniętą bronią,
gotowa do ataku! Chciałam zaprotestować, ale w tym momencie Klaudia cicho
westchnęła.
Następne chwile są
dla mnie trochę zamazane. Zapytałam „Klaudia?”. Moja przyjaciółka otworzyła
oczy. Przekrwione oczy szaleńca.
Następnie zwinęła
się na łóżku i rzuciła prosto na Wiktorię. Atakowała paznokciami i próbowała
ugryźć Wiki.
W jakiś sposób
znalazłam się tuż przy nich z metalową nóżką. I zamachnęłam się na swoją
najlepszą przyjaciółkę.
Klaudia upadła na
ziemię. W tym momencie Wiktoria zaatakowała.
Jeden, szybki ruch.
Tyle wystarczyło, aby głowa Klaudii odtoczyła się w zupełnie innym kierunku niż
upadało jej ciało…
Potem pamiętam
tylko krzyk. Wiktoria próbowała coś do mnie powiedzieć, ale niczego nie
słyszałam, a mój wzrok robił się coraz bardziej zamazany. Dopiero po dłuższym czasie zdałam sobie sprawę, że płaczę, oraz że to ja zaczęłam krzyczeć.
Siedziałam na podłodze. Wiktoria trzymała mi ręce na ramionach, mówiąc coś i
starając się zasłonić samą sobą widok… tego, co pozostało po Klaudii.
Powoli zaczęłam się
uspokajać. Przestały mną targać dreszcze, zaczęłam rozróżniać słowa Wiktorii.
Uspokajała mnie. Tłumaczyła, że Klaudia na pewno nie chciałaby być w takim
stanie. Że na pewno ludzie dotknięci tym przeziębieniem są niebezpieczni bo
wariują z bólu, a nie dlatego, że chcą kogoś skrzywdzić. Przysięgała, że
powstrzymanie tego bólu to jedyne co mogłyśmy zrobić… oraz że śmierć
przyjaciółki była szybka i stosunkowo bezbolesna w porównaniu do innych
sposobów… uśpienia… jej.
W końcu uspokoiłam
się i odzyskałam oddech. Wtedy usłyszałam szuranie i jęki za drzwiami. Mój
krzyk musiał wywabić wszystkich w pobliżu na korytarz. Spojrzałam tylko na
Wiktorię. Jej niezachwiana pewność siebie dodała mi odwagi i sił. Widziałam już
najgorsze. Byłam już gotowa na wszystko, co mogło tam na nas czekać.
Byłam już także
gotowa spojrzeć na Klaudię. Poprosiłam Wiktorię, żebyśmy przynajmniej jakoś
okryły ciało. W czasie zawijania Klaudii w jej pościel zauważyłam czerwone
smugi. Wiktoria pewnie wytarła o prześcieradło swój miecz. Nie mogłam jej o to
winić, nawet sama na wszelki wypadek wytarłam swoją prymitywną broń obok.
Otworzyłyśmy drzwi
i wypadłyśmy na korytarz.
Na nowo przeżywałam
piekło sprzed piętnastu minut. Jednak teraz miałam poczucie, że to, co robię
nie jest kompletnie złe… Znałam tych ludzi, choćby tylko z widzenia. Nigdy nie
pomyślałabym aby ci ludzie chcieli stać się potworami. Więc zatrzymywałam
potwory. Ale mimo to mordowałam ludzi. Będę potrzebowała dużo czasu, aby
poradzić sobie z tym problemem… I jeszcze więcej, aby pogodzić się z uczuciem
siły i przechodzącego przeze mnie prądu pobudzającego mnie do działania…
Po jakimś czasie
korytarz wyglądał jak wyjęty z horroru o szalonym rzeźniku. A jednak było
wokoło bardzo mało krwi… Dopiero w tamtym momencie zdałam sobie sprawę, że coś
z tą krwią jest nie tak. Naprawdę zbyt wolno wypływała. Nie próbowała pomieszać
mi w głowie ani w jakikolwiek sposób wysyłać w moją stronę oskarżenia. Po
prostu wylewała się tak powoli, jakby ci chorzy byli martwi już od kilku
godzin…
Przypomniałyśmy
sobie, że przecież należałoby zadzwonić na policję. Schowałyśmy się w pokoju
Wiktorii, gdyż byłyśmy pewne że nikogo tam nie spotkamy- Magda była na
urodzinach Moniki… Byłam sceptyczna wobec kontaktowania się z policją, ponieważ
nie udało mi się wcześniej dodzwonić do szpitala, a obie wiedziałyśmy dlaczego,
ale Wiktoria nie traciła nadziei. Szczerze mówiąc, miałam nadzieję, że nie
odbiorą… Bałam się, że wystarczy, że na mnie spojrzą i się dowiedzą… Czy nie
byli do tego szkoleni? Nie powinni potrafić znaleźć… mordercę?
Będę się musiała
bardzo pilnować. I za wszelką cenę unikać walki wręcz. Wygląda na to, że to
walka z bliska wzbudza we mnie te… niepożądane… emocje. Choć teraz, gdy to
piszę, potrafię je już jakoś ukrywać i wydaje mi się, że nikt nic nie
podejrzewa, to w tamtej chwili, będąc ciągle w szoku po odkryciu tej strony
swojego charakteru czułam się, jakbym czekała na wyrok śmierci.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos mężczyzny dobywający się z komórki
Wiktorii...