22.20
piątek, 18.05.2012
[…]
Zaczęłam cofać się
w stronę wejścia, zapatrzona w drzwi szeroko otwartymi oczami.
Drzwi szerzej się
uchyliły.
Nie wytrzymałam
napięcia, odwróciłam się i pobiegłam. Zapomniałam o bólu, zapomniałam o
napięciu. Byłam tylko ja, moja panika i nieznani mi ludzie, którzy na moich
oczach rozszarpywali ciała innych lekarzy i pacjentów.
Po kilku sekundach
doznałam uczucia płynięcia. Czas dla mnie zwolnił, słyszałam każde uderzenie
moich butów o linoleum, czułam każdy haust powietrza przepływający przez moje
płuca, każdy ruch mięśni i potarcie skóry o materiał ubrań, widziałam każde
odbicie światła lamp w klamkach mijanych drzwi. Zauważałam najmniejsze
szczegóły otoczenia. Czułam mrowienie w palcach, jakby całe ciało przeszywał mi
prąd.
Przypomniałam sobie
jeden z pokoi, które sprawdzałam na początku. Był to pokój dyżurującego
lekarza, tuż przy wejściu na oddział. W pędzie wślizgnęłam się do niego,
zamknęłam drzwi i zaczęłam szukać drogi ucieczki.
Okna były
zakratowane.
Szuranie rozlegało się teraz na korytarzu,
momentami słyszałam kroki i pomrukiwania tuż za drzwiami dyżurki. Przycupnęłam
przy drzwiach i znalazłam klucz na półce regału na książki. Gdy kroki na chwilę
się oddaliły, przekręciłam klucz i zaczęłam nasłuchiwać, czy szmer zamka
zwrócił uwagę kanibali.
Wtedy rozległy się
głośne dźwięki rocka tuż przy mnie. Dopiero po chwili zrozumiałam co się
dzieje. Szybko wyciągnęłam komórkę z kieszeni i odebrałam, przede wszystkim po
to, aby przestała hałasować.
Po chwili
rozpoznałam głos w słuchawce. Wiktoria! Wydawała się równie ucieszona z
dodzwonienia się do mnie jak ja z usłyszenia znanego głosu. Fala ulgi rozlała
się po moim umyśle, ale nie pozwoliłam jej się opanować. Czas na ulgę będę
miała, gdy stąd ucieknę.
Wiki pytała, czy
wszystko u mnie w porządku. Schowałam się jak najdalej od drzwi, pod biurkiem,
i szeptem wytłumaczyłam jej gdzie jestem. Powiedziałam jej też, że wszyscy w
szpitalu powariowali i mordują się nawzajem. Zdziwiła się, co robię w szpitalu,
ale postanowiła, że wszystkiego się dowie gdy tu dotrze. Kazała mi
zabarykadować drzwi i znaleźć jakąś broń, a potem siedzieć cicho i się nie
wychylać. Obiecała, że będzie tu za trochę ponad kwadrans i rozłączyła się.
Spojrzałam na
zegarek. Była 17.15. To miało być długie piętnaście minut.
Podpełzłam do drzwi i zaczęłam nasłuchiwać.
Gdy uznałam, że te istoty (nie potrafię już nazwać ich ludźmi) są wystarczająco
daleko, popchnęłam biurko w stronę drzwi i dodatkowo zaparłam ich górną połowę
przechylonym regałem na książki opartym o stolik do kawy. Meble zaklinowały się
o siebie nawzajem, więc zostałam zupełnie odcięta. Nawet nie wiem, czy byłabym
w stanie odsunąć tą barykadę od drzwi. Przypomniałam sobie, że w składziku na
rzeczy sprzątaczek widziałam kiedyś toporek przeciwpożarowy. Zaczęłam żałować
że go tu nie mam, mogłabym go użyć do otwarcia drzwi, a nawet do obrony. W tym
momencie przypomniałam sobie drugie zalecenie Wiktorii- broń.
Rozejrzałam się po
dyżurce. Nie było tu żadnych ostrych rzeczy ani noży, którymi mogłabym się
bronić. Po dłuższych poszukiwaniach postanowiłam rozłożyć lampę, która stała
wcześniej na biurku. Półmetrowa, metalowa nóżka nie była najbardziej
wyrafinowaną bronią, ale na zbudowanie czegoś lepszego mogłam nie mieć czasu.
W tym momencie
zwróciłam uwagę na hałasy na korytarzu. Oraz mocne uderzenie w drugą stronę
drzwi.
Odwróciłam się w
ich stronę gotowa do ataku, ale barykada wyglądała na nienaruszoną. Hałasy i
wrzaski narastały, ale brzmiały one nieludzko, bardziej jak wściekły warkot
psów niż krzyki ludzi. Słychać było odgłosy walki i jakieś dziwne odgłosy,
jakby kliknięcia? Po chwili już było po wszystkim. Nie słychać było już żadnych
wrzasków ani biegania.
Spojrzałam na
zegarek. Wiktorii nie miało przecież jeszcze być, nawet ona nie mogłaby przebiec
całej drogi w dziesięć minut. Z kim w takim razie walczyły te stworzenia?
I czy ja chcę to
wiedzieć? Jaką mogę mieć pewność, że mnie też nie zaatakuje?
Stałam wpatrzona w
drzwi, nasłuchując jakichkolwiek oznak życia po drugiej ich stronie. Czekając
na Wiktorię…
Wtedy zdałam sobie
sprawę, że mogłam popełnić jeden z najgorszych błędów w moim życiu. Nie dość,
że siedzę zamknięta w środku szpitalu pełnego świrów, to jeszcze ściągnęłam tu
Wiktorię! Przecież nawet jej umiejętności walki niewiele jej pomogą, jeśli
będzie zmęczona po biegu i bez żadnej broni! A to, co było w stanie zamordować
czternaście świrów w ciągu jakiejś minuty wciąż może tu być…
Wciągające jest to Twoje opowiadanie. :D
OdpowiedzUsuńTak trzymaj dalej. Jestem bardzo ciekawa co będzie dalej, więc będę tu częściej zaglądać. ^^
POZDRAWIAM. / Camilla :*
Ooo, dzięki! Aczkolwiek "twoje" to niedokładnie powiedziane- nad blogiem pracuje teraz 5 osób, z czego tylko Alyssa ma doświadczenie z pisaniem opowiadań- cała reszta jest zupełnie zielona :D A cały czas męczymy kilkoro znajomych do przyłączenia się do nas- mimo, że jest nas pięcioro, to mamy mnóstwo innych zajęć i nie zawsze nadążamy z pisaniem, więc im więcej osób tym częstsze wpisy. Można się jednak już spodziewać co najmniej trzech nowych autorów w późniejszym czasie. A co do wciągania- sami jesteśmy ciekawi co się stanie. Mamy ogólny zarys opowiadania omówiony, ale postacie ewoulują razem z autorami, więc nic nie jest pewne... w każdym razie chcemy wrzucać nowe posty chociaż raz na 2 tygodnie, a jeśli damy radę, to i częściej. A więc- podziękowania za zainteresowanie od całej grupy!
OdpowiedzUsuń