poniedziałek, 21 stycznia 2013

Mądrość Yody (17.05.12)


22.25 piątek, 18.05.2012
[…]
Droga do internatu zajęła nam około 7 minut. Wiktoria musiała bardzo uważnie jechać, bo po drodze musiałyśmy mijać samochody stojące na środku drogi, których na szczęście nie było zbyt dużo. Za każdym razem wyglądałam przez okno uważnie przyglądając się kierowcy i pasażerom. Żadna z tych osób nie wykazywała oznak tej szaleńczej choroby- ale wszystkie były bez wątpienia martwe. Z zakrwawionymi ubraniami, siedzieli w otwartych samochodach lub byli niedbale wywleczeni na ulicę.

Podczas jazdy streściłam Wiktorii w jaki sposób znalazłam się w szpitalu. Opowiedziałam jej o przeziębieniu Klaudii, dziwnych symptomach choroby i próbie dodzwonienia się do szpitala. Nie chciałam opisywać jej okropnych scen, których byłam świadkiem w szpitalu, ale stwierdziła, że poznanie sposobu zachowania chorych może być bardzo przydatne. Wspomniałam jej też o hałasach, które słyszałam na korytarzu, gdy czekałam na jej przybycie. Doszłyśmy do wniosku, że w szpitalu musiał być ktoś świetnie posługujący się bronią palną. Stwierdziłam, że jednak cieszę się że ów ktoś mnie nie znalazł- osoba szwędająca się po szpitalu i z zimną krwią mordująca ludzi może być niebezpieczna także dla nas, mimo że żadna z nas nie wygląda na chorą.

Wiktoria także opowiedziała mi, co się z nią działo zanim po mnie przybyła. Powiedziała mi, że na treningu kendo większości osób nie było, a nawet jeśli przyszli na zajęcia, to wyglądali na chorych i słabych. Nawet jej sensei wyglądał nieswojo. Po treningu wróciła do internatu, gdzie bez powodu rzucił się na nią jakiś uczeń. Próbowała przemówić mu do rozsądku, ale wyglądał jakby nie rozumiał żadnego jej słowa. Broniąc się, uderzyła go bokkenem (okazało się, że jest to drewniana katana do ćwiczeń) i odsunęła od niego, ale już się nie poruszył. Ruszyła wtedy do swojego i Magdy pokoju, ale poza jeszcze dwoma szalonymi osobami nikogo nie spotkała. Gdy dotarła do pokoju, schroniła się w nim. Wtedy przypomniała sobie o urodzinach Moniki i zaczęła dzwonić do wszystkich z klasy po kolei, ale nikt poza mną się nie odezwał. Gdy dowiedziała się, że jestem uwięziona w szpitalu, wzięła się w garść i pobiegła mi pomóc. Po drodze spotkała jeszcze innych pozmienianych, pozbyła się jednak strachu i wyrzutów sumienia- stwierdziła, że podobni byli bardziej do potworów niż ludzi oraz że stali pomiędzy nią a szpitalem, a nie miała czasu do stracenia. Po jakiś 15 minutach od naszej rozmowy wpadła do szpitala i idąc korytarzem znowu do mnie zadzwoniła- dowiedziałam się, że wyjęła komórkę będąc dosłownie za rogiem Oddziału Wewnętrznego i to jej kroki poderwały mnie wtedy na nogi. Wchodząc na OW zobaczyła trupy osób, przed którymi uciekałam, oraz ich rany postrzałowe. Potem znalazła siekierkę przeciwpożarową tam, gdzie jej powiedziałam, wróciła pod drzwi, przesunęła przeszkadzającego jej trupa i rozniosła drzwi w drzazgi. Wtedy do niej dołączyłam.

Muszę przyznać, że podziwiam Wiktorię. Wiedziała, że jeśli wyjdzie z pokoju, to jej znajomi, pozmieniani tym dziwnym przeziębieniem znowu się na nią rzucą. Wiedziała, że będzie musiała się bronić… A nie mając możliwości porozumienia się z nimi, obrona będzie oznaczała atak. Wiedząc o tym wszystkim wzięła nawet swoją prawdziwą katanę zamiast tego drewnianego bokkena do ćwiczeń, gotowa zabić każdego, kto stanie jej na drodze i przeszkodzi w dotarciu do mnie…

Do mnie? Niby czym zasłużyłam sobie na takie poświęcenie z jej strony? Nie dość, że jak głupia leciałam pieszo do szpitala, to jeszcze nie potrafiłam sama się obronić! Nie dość, że zmusiłam ją do przybiegnięcia do budynku pełnego szaleńców, to jeszcze nie ostrzegłam jej o jakimś innym człowieku bez skrupułów strzelającym do nieuzbrojonych, chorych ludzi! Zamiast wyjść z dyżurki i zająć się sama swoim problemem, zabarykadowałam się w środku i schowałam pod biurkiem! A moja późniejsza reakcja w internacie…

Wiktoria jest bohaterką. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

A ja? Jedyne co mogę teraz zrobić to starać się jej odpłacić za wszystko, co dla mnie robi. Przyłączę się do niej. Pójdę za nią wszędzie. I może, pewnego dnia, dane mi będzie spłacić mój dług…

Ale jeśli mam iść za Wiktorią, nie mogę być dla niej ciężarem. Spróbuję nauczyć się walczyć… Nie. Nauczę się walczyć. Zrobię to. Bez „muszę’ czy „nie mogę”.

„Try not. Do, or do not. There is no try”, jak to powiedział pewien zielony mistrz Jedi, prawda?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz