22.15 piątek,
18.05.2012
[…]
W pierwszym odruchu chciałam
pobiec do rodziców. W połowie drogi
przypomniałam sobie, że są w Opolu razem z Szymonem, więc skręciłam na Oddział
Wewnętrzny. Wbiegłam na oddział gotowa nawrzeszczeć na pierwszego napotkanego
lekarza… i zdałam sobie sprawę, że przez całą drogę nikogo nie minęłam.
Wycieńczona, ciężko dysząc oparłam się o futrynę drzwi i rozejrzałam się. Tu
także było całkiem pusto. I cicho. Nagle zaczęłam mieć wrażenie że w całym
szpitalu słychać moje dyszenie i pędzące tętno. Zdałam sobie sprawę, że nigdy
nie biegłam tak szybko bez żadnego przygotowania. Szumiało mi w uszach i bolała
każda część ciała, w końcu nie będąc w stanie ustać osunęłam się po powierzchni
drzwi na ziemię. Siedząc na granicy holu i OWu czekałam, aż ktokolwiek
przechodzący obok będzie mógł zaalarmować jakiegoś lekarza o stanie mojej
przyjaciółki.
Ale nikt nie przyszedł.
Spojrzałam na swój zegarek. Było około
piątej, więc musiałam spędzić w szpitalu już jakieś pięć minut. Czułam się już
lepiej, więc zdecydowałam się nie czekać i sama poszukać ratunku. Wstałam,
porozciągałam chwilę obolałe mięśnie i ruszyłam korytarzem w głąb oddziału.
Wszechogarniająca szpital cisza,
w połączeniu z absolutnymi pustkami we wszystkich mijanych salach sprawiły, że
coraz trudniej było mi zmusić się do uspokojenia skołatanych nerwów i otwarcia
następnych drzwi, i następnych, i następnych… Każdy dźwięk był jak ostrze noża
przecinające powietrze. Powoli, bezwiednie zaczęłam się skradać, tylko cicho
uchylać drzwi zamiast otwierać na oścież, a w końcu zaglądać do pokoi przez
szpary pomiędzy zawiasami lub przy futrynie. Już straciłam nadzieję że kogokolwiek
znajdę. Sprawdzałam kolejne pokoje raczej z desperacji niż poczucia celu. I
wtedy ich znalazłam…
Najpierw usłyszałam pomlaskiwania
i szuranie. Stanęłam skamieniała próbując zlokalizować źródło dźwięku. Uznałam,
że dochodzi z pokoju po lewej, jakieś cztery metry w głąb korytarza. Powoli
podkradłam się do drzwi i odkryłam, że są uchylone. Ostrożnie zajrzałam do
środka.
Jakieś czternaście osób siedziało
ściśniętych w czteroosobowym pokoju pacjentów. Byli cali brudni, rzucali się na
coś jak zwierzęta. Wyglądali, jakby coś szarpali, ale robili to w niezwykłej
jak na taką scenę ciszy. Przyjrzałam się dokładniej jednej z osób. Była to
młoda lekarka, lecz wyglądała bardzo niezdrowo, a jej twarz wykrzywiał grymas
nienawiści czy obrzydzenia… Trzymała czyjąś dłoń. Samą dłoń.
Gdy kilkoro z ludzi się pochyliło
do podłogi, pomiędzy nimi mogłam zobaczyć ciała. Pięć rozszarpanych ciał,
rozrzuconych po podłodze pomiędzy ucztującymi.
Zachłysnęłam się powietrzem i
zatoczyłam do tyłu.
Szuranie w pokoju ustało.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz