niedziela, 1 września 2013

Spokój majowego popołudnia (17.05.2012)

22.35 piątek, 18.05.2012
[…]
W duchu odetchnęłam z ulgą. Bezpośrednie zagrożenie bycia wykrytym przez policję minęło. Teraz, gdy podniecenie walką opadło, zdałam sobie sprawę, że moje chwilowe bezpieczeństwo oznacza brak pomocy ze strony policji- a przecież, poza wojskiem, to policja miałaby największe szanse przywrócić porządek… gdyby jeszcze działała. Gdyby jeszcze do czasu przybycia posiłków przeżył ktoś, dla kogo można by przywracać porządek…

Ale… skąd mogłyby przyjść posiłki? Czy okoliczne wsie też są zainfekowane? Czy nawet Wrocław jest opanowany chorobą? Czy może jednak to tylko tu, a rodzice i brat są bezpieczni? Niepewność i brak jakichkolwiek informacji przytłoczyły mnie… Czułam się mała i nieważna, a jednocześnie osaczona w tym ciasnym, wręcz klaustrofobicznym pokoju. Chciałam natychmiast się stamtąd wydostać.

Spojrzałam na Wiktorię. Wciąż była mocno wzburzona, zdawała się także zatopiona we własnych myślach. Była jednak wyraźnie zdecydowana dotrzeć do naszej klasy, bez względu na ryzyko. Przeszukiwała jakąś szufladę, wyciągając z niej dziesięć małych nożyków, bandaże i sztylet (nie mam pojęcia jak udało jej się zabrać to wszystko do internatu), po czym spakowała się do czarnej torby na ramię. Spojrzała na mnie i po chwili namysłu oddała mi sztylet. Powiedziała, że metalową rurą nieszczególnie można się bronić. Żałowałam jednak, że sztylet jest taki krótki… Wtedy przypomniałam sobie, że pewnie mam gdzieś w pokoju procę, którą dostałam od wujka Cezarego. Nie chciałam wracać do pokoju 2.07, ale czy w tej sytuacji miałam wybór? Wszystko może nam się przydać. Poprosiłam Wiki, aby przed wyjściem wstąpić do mojego pokoju.

W drodze do domu Moniki przejrzałam jeszcze raz zawartość swojego plecaka i kieszeni. Mocne rękawiczki sportowe (takie bez palców), proca, około 50 metalowych i szklanych kulek do gry (postanowiłam używać ich jako amunicji), środki przeciwbólowe i rozkurczowe, maści na oparzenia i temu podobne, chusteczki i płyn dezynfekujący, waciki, butelki z wodą, czekolada i herbatniki (zawsze mam trochę na wypadek odwiedzin znajomych), mała apteczka (którą dostałam za jeden z konkursów pierwszej pomocy), komórka i klucze. Do małej kieszonki wrzuciłam kolczyki i naszyjnik (nie chciałam ich zgubić, poza tym noszenie ich w walce byłoby niebezpieczne), a na sobie zostawiłam jedynie zegarek. Do plecaka wpakowałam także bluzę, przez co wszystkie przedmioty w środku były miękko trzymane w miejscu. Do paska spodni przytroczyłam pochwę z tanto- sztyletem, który otrzymałam od Wiki. Miałam nadzieję, że to wystarczy…

Droga zajęła nam jakieś pięć minut i około 18.40 byłyśmy niedaleko domu Moniki. Gdy brakowało nam kilkunastu metrów do drzwi, Wiktoria zwróciła mi uwagę na sześcioro osób włóczących się po ulicy osiedla. Wyjęłam procę i wycelowałam w okno jednego z domów… na szczęście hałas zwrócił uwagę większości chorych, którzy ruszyli w jego stronę i wdrapali się do środka przez okno. Pozostał tylko (lub aż) jeden mężczyzna- wcześniej musiał usłyszeć cichy pomruk silnika i nic nie zrobił sobie z mojej próby odwrócenia uwagi… Wiktoria stwierdziła, że nie mamy na to czasu i ruszyła. Zaczęła przyśpieszać w jego stronę… zamknęłam oczy. Usłyszałam uderzenie, trzask łamanych kości i nieludzki warkot wściekłości i bólu, przy czym mocno szarpnęło samochodem. Wiktoria wycofała i minęła ciało. Nie odwróciłyśmy się za siebie.

Samochód miał zostać na ulicy przed domem Moniki, ponieważ podjazd był zajęty przez siedmioosobowego sharana Daniela, który pożyczył go od ojca. Za autem Daniela stał volkswagen Ani, a w garażu były jeszcze pewnie auta Roberta i Kaśki. Ta czwórka miała nie pić na tej osiemnastce, bo chociaż mogliby, to są także jedynymi osobami posiadającymi nie tylko prawo jazdy, ale także dostęp do samochodów. Mieli oni odwozić wszystkich do domu.

Wysiadłyśmy z samochodu rozglądając się uważnie dookoła. Miałam wrażenie, że za chwilę wyskoczy na nas horda wściekłych ludzi… ale nic się nie działo. Na ulicy panował spokój ciepłego, majowego popołudnia, z którym kontrastowały otwarte na oścież drzwi do niektórych mieszkań, wybite okno z szkłem rozsypanym na idealnie przystrzyżonym trawniku, ślady krwi na chodniku i powyginane ciało leżące na środku ulicy.

Otrząsnęłam się i powoli zajrzałam przez okno domu Moniki. Zobaczyłam scenę jak po popijawie- jakieś dwadzieścia osób leżących gdzie popadnie w obszernym salonie połączonym z kuchnią. Jednak to były osoby, które od dawna znam, nie było nawet siódmej wieczorem, a urodziny trwały  dopiero dwie i pół godziny. Zbyt dobrze wiedziałam, że to nie alkohol ich zmorzył.


Wymownie spojrzałam na Wiktorię. Odwzajemniła spojrzenie. Obie wiedziałyśmy, że jest już za późno.

6 komentarzy:

  1. No wiesz jak to zabrzmiało? :D Ale naprawdę: wszyscy mamy napisane po kilka postów do przodu, tylko czasem mamy problem... z pamiętaniem żeby je zproofreadować (poszukać literówek itp). A już wogóle w sytuacji kiedy niektórzy mają udowodnione problemy z pisaniem liter po kolei :P Przez to musimy sprawdzać po kolei sobie nawzajem, a podesłanie tekstów każdemu z osobna i sprawdzenie ich zajmuje tyle czasu... że po takim długim czasie pracy nad tym jesteśmy z siebie tak dumni że zapominamy to wrzucić!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kto ma napisane do przodu ten ma :D No dobra już piszę piszę :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Proszę o więcej :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zamierzacie jeszcze wrzucic jakis rozdział?

    OdpowiedzUsuń