23:25
czwartek, 17.05
Jakieś
30 min po naszej dyskusji zadzwoniłam do Alexa i przekazałam mu
dobre nowiny. Uzgodniliśmy, że wyjazd ma być w piątek po szkole.
Zapytałam czy ma jakiś namiot... Odpowiedział mi, że namiot
spalił się podpalony przez jakiegoś głupiego kumpla Alexa
(podobno znam kolesia, ale nie chciałam pytać o jego imię, żeby
nikomu się przypadkiem nic nie stało...). Nie wiedziałam czy śmiać
się, czy wnerwić... Okazało się, że mamy tylko jeden namiot
(oczywiście musiał to być MÓJ namiot...). Zastanawiałam się,
czy czasem nie wywalić go z namiotu, żeby spał na trawie (gdyby
zdarzyła się taka okazja oczywiście ;P).
Gdy
skończyliśmy wszystko omawiać coś mi się przypomniało. Po
chwili ciszy zapytałam Alexa czy zauważył, że ostatnio ludzie są
bardzo chorowici... Odpowiedział, że tak i powiedział, że
większość ludzi z naszej szkoły albo zostaje w domu, albo chodzi
po szkole, jakby lada chwila mieli wykitować... Opowiedziałam mu
wtedy o Basi, bo też zachorowała, ale nie chciała mi nawet
powiedzieć co jej dolega. Dalej się o nią martwię. Co jeśli te
stwory przyszły po nią jak leżała bezbronna w łóżku? Ale
wracając...
Alex
pocieszał mnie mówiąc, że za kilka dni pewnie będzie zdrowa. Nie
wiem czemu, ale nie wierzyłam w to i dalej w to nie wierzę. Ok.
20:00 zadzwoniłam do mamy Basi, zapytać jak Basia się czuje.
Dowiedziałam się tylko tego, że przypadłość ta ciągle się
pogarsza i że nie wiadomo, co to za choroba jest.
Koło
22:00 zadzwonił telefon. Gdy odebrałam okazało się, że dzwoni
Anita. Już po jej pierwszym słowie wiedziałam, że chce powiedzieć
mi coś, co mi się nie spodoba. Nie myliłam się... Powiedziała,
że ona i Damian nie mogą przyjechać, bo Damian już od jakiegoś
czasu źle się czuje i nikt nie wie jak leczyć jego przypadłość.
Pomyślałam, że może to być to samo na co choruje Basia, więc
powiedziałam, że nie tylko on tak cierpi i że to chyba jakaś
cholerna epidemia jest. Anita poprosiła mnie jeszcze, bym nikomu
(znaczy mamie) nie mówiła, bo nie chce, by inni się martwili.
Zgodziłam się po chwili wahania.
Po
całej tej rozmowie i ogólnie dniu było mi smutno i byłam zła
(byłam zła ogólnie przez tą chorobę... Wiem że to głupie...
Ale prawdziwe...). Nie umiałam zasnąć. I gdy się tak męczyłam
(w łóżku, chcąc zasnąć), wpadłam na pewien pomysł (którego
dzisiaj żałuję)...
Zadzwoniłam
do Alexa... Była chyba 1:00. Przywitał się z tekstem: „Czego?!
Spałem do jasnej cholery...” (ech... miły jak zwykle). Po kilku
minutach nabijania się z niego powiedziałam czemu zadzwoniłam.
Chciałam się dowiedzieć, czy chciałby już w czwartek przed
szkołą pojechać do Mroczków. Zgodził się oczywiście (my tak
uwielbialiśmy chodzić do szkoły, że szok...). Ustaliliśmy, że
będzie kierowcą (nie mam pojęcia, czemu musieliśmy wgl o tym
gadać, bo ja jeszcze prawka nie mam, ale ok). Po tej rozmowie przez
jakiś czas przewracałam się jeszcze w łóżku, więc zasnęłam
ok. 2:00. Zajebiście się wyspałam nie ma co...
Musiałam
wstać po 6:00, żeby robić pozory, że do szkoły się wgl
wybieram. Musiałam zabrać wszystko, co było mi potrzebne na CBF,
więc mama się wypytywała czemu biorę to do szkoły. Powiedziałam
jej, że będę nocowała u koleżanki i że nie chcę się po to
wszystko wracać.
O
7:00 przyjechał Alex. Po wpakowaniu wszystkiego do auta
pojechaliśmy. Dotarliśmy tam gdzieś koło 10:00 (wszystko działo
się na jakiejś polanie). Nie mając nic innego do roboty zaczęliśmy
wszystko rozkładać. Czas mijał i pojawiało się coraz więcej
ludzi do pomocy. Niektórzy przyjechali nawet z bardzo daleka, żeby
móc spotkać się ze starymi (i nowymi) znajomymi, ale też żeby
się zabawić. Sama spotkałam wielu znajomych. Poznałam nawet pewną
Patrycję. Strasznie dobrze się rozumiałyśmy i cholernie nam razem
odwalało. Pokazałam jej nawet mój tatuaż (tak, mam tatuaż... To
mała czarna różyczka na prawym biodrze),a trzeba wiedzieć,że na
ogół nikomu o tym nie gadam. Wie o tym tylko kilka zaufanych
osób... Alex stracił się nie wiadomo gdzie, ale ok...
Dziwne
rzeczy zaczęły dziać się dopiero po 16:00. Właśnie rozmawiałam
z Patrycją, gdy zauważyłam przy ogrodzeniu (ogrodziliśmy
wszystko, żeby nikt nam tu samochodami nie wjeżdżał i ogólnie
żeby nam nie przeszkadzano, kiedy wszystko ustawialiśmy. Chcieliśmy
zrobić wejście gdy skończymy) jakiegoś faceta sięgającego ręką
w stronę Ani (Ania ma 11 lat i widocznie też zwiała ze szkoły,
żeby tu przyjechać, choć nie mam pojęcia z kim przyjechała).
Pomyślałam sobie: „Pięknie jeszcze kogoś takiego mi tu
brakowała”. Przeprosiłam Patrycję i pobiegłam tam nawołując,
żeby Ania odsunęła się od ogrodzenia (i tym samym od tego świra).
Posłuchała mnie. Gdy tam dotarłam powiedziałam jej, żeby
poszukała Alexa i z nim została.
Gdy
poszła zwróciłam się do kolesia przy ogrodzeniu. Zaczęłam
mówić, żeby sobie poszedł, bo to impreza dla osób do 30 roku
życia (co oczywiście było kłamstwem. CBF nie ma ograniczeń
wiekowych), przerwałam jednak w pół zdania i przyjrzałam się
mężczyźnie. Wyglądał na chorego i miał czymś czerwonym
poplamione ubranie. Nie czułam zapachu tego czegoś, ale mogłam
przysiąc, że nie był to ketchup i nie poplamił się przy jedzeniu
hot doga. Gdy spojrzałam mu w oczy, sparaliżował mnie strach... W
tych oczach nie było żadnej emocji... Idealna pustka... Tak, jakby
mógł do mnie podejść, rozszarpać mi gardło i odejść, jak
gdyby nigdy nic... Przez dobre pół minuty tylko gapiłam się w te
puste oczy... Gdy odzyskałam głos, powiedziałam mu, żeby odszedł,
bo zawołam ochronę, a sama poszłam zająć się swoimi sprawami.
Po drodze zorientowałam się, że nie tylko jego oczy były dziwne.
Miał też tak jakby... No nie wiem... Wygłodniały wyraz twarzy...
Jak gdyby miał ochotę mnie zjeść... Wtedy myślałam, że to
absurd... Niestety teraz myślę inaczej...
Godzinę
po tym wydarzeniu całkowicie o tym zapomniałam. Pomagałyśmy z
Patrycją postawić namiot nad sceną, a było to dość
czasochłonne. W pewnym momencie przyszedł Alex z Anią i zapytał
co sądzę o ludziach, którzy poustawiali się wokół ogrodzenia.
Powiedział, że są bardzo dziwni i wydają bliżej nieokreślone
odgłosy. Gdy się rozejrzałam, zobaczyłam ich...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz