22.10 piątek, 18.05.2012
Niezapominajniku…
Przepraszam, że tak długo nic nie
pisałam, ale sama nie rozumiem co się dzieje. Ludzie dziwnie się zachowują. Jakby…
nie byli już do końca ludźmi… Warczą i jęczą zamiast mówić… Jak Klaudia… Ale
czy to wciąż była Klaudia?
A najgorsze jest to, że chyba wszyscy
zamierzają mnie zabić. Nawet ona… coś się w niej zmieniło. Ona… Zachowywała się
jak głodne, pobite zwierzę… Jak te zwierzęta w filmach dokumentalnych o walkach
psów…
Nie pamiętam wszystkiego zbyt
dokładnie… Świat jest dla mnie zamazany, nie ma sensu. To nie powinno się
dziać! Nigdy! NIE TAK!
Mam wrażenie, że zaraz powinnam
się obudzić. Że to tylko koszmar, że to tylko moja chora wyobraźnia. Ale jeśli
nie? Czy teraz będę musiała znaleźć się w świecie pełnym niebezpieczeństwa i
przemocy? W świecie, w którym ludzie zostali zastąpieni przez głodne bestie? W
świecie, w którym nie ma prawie nikogo? Nie potrafię… nie będę mogła tego
powtórzyć… Nie dam rady znowu… zabić…z kamienną twarzą… Ale nigdy, NIGDY nie
mogę nic po sobie pokazać…
Patrzyłam na śmierć mojej
przyjaciółki. I to ja wydałam na nią wyrok. Kto mi dał prawo? Jak mogę
decydować komu można pozwolić na życie? Jak mogłam tak po prostu z niej
zrezygnować? A jeśli to tylko przejściowe, a ja z tego bezmyślnego strachu nie
pomyślałam, że mogę jej jeszcze pomóc?
Zaczęło się w czwartek, chyba około
16.30 po południu…
Klaudia zasnęła. Przynajmniej
wydaje mi się, że spała. Zaczęła się rzucać przez sen. A potem jęczeć.
Przestraszyłam się i próbowałam zadzwonić do szpitala, ale nie mogłam się
dodzwonić. Jak teraz o tym myślę, to sieć musiała być przeciążona. Jakim cudem
wszyscy dzwonili w tym samym czasie? Czy też zauważyli dziwną chorobę u swoich
bliskich? Czy to możliwe, żeby całe Mroczki zostały w ciągu kilku godzin przez
nią opanowane? Jak się przed tym bronić?
Klaudia… warczała przez sen… jej
twarz była wykrzywiona z bólu. Potem zaczęła kaszleć i pluć krwią, choć wciąż
wyglądała na śpiącą lub nieprzytomną. Przestraszyłam się, chyba przestałam
myśleć. Postanowiłam pieszo pójść do szpitala. Jak mogłam zostawić ją tam bez
opieki?
Był całkiem ładny dzień, dość
ciepły jak na połowę maja, więc niewiele myśląc zamknęłam ją w pokoju, zabrałam
komórkę i klucze i wybiegłam z internatu.
Biegłam. Tylko tyle pamiętam z
następnych dwudziestu minut. Biegłam jakby zależało od tego moje własne życie.
Jakby mój ból miał ulżyć przyjaciółce. Jakby cienka linia pomiędzy niepewnością
a nazwą choroby była jedynym sensem mojego dotychczasowego życia. W dodatku…
Klaudia pluła krwią. Jestem tego pewna. Słyszałam jej kaszel, widziałam plamy
na poduszce. Jedyna choroba jaką znam powodująca takie zniszczenia w płucach…
czy ja też jestem zarażona?
Wpadłam do szpitala. Dlaczego nie
zatrzymałam się na chwilę? Dlaczego nie rozejrzałam się przy wejściu?
Dlaczego nie było
recepcjonistek?...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz