środa, 17 grudnia 2014

Konkurs


Hej :)
Dla osób lubiących pisać opowiadania i chcących wygrać książki zamieszczam link do strony, gdzie można wziąć udział w ciekawym konkursie. Jedyne co trzeba zrobić, to zarejestrować się na stronie http://secretum.pl/ i wysłać swoje opowiadanie. Sama biorę w nim udział z nadzieją, że dostanie mi się książką (lub książkami) :D :P
Konkurs trwa do 24 grudnia, do godziny 23:59.
Powodzenia tym. Którzy zdecydują się wziąć w nim udział :)


wtorek, 11 lutego 2014

Lustereczko, powiedz przecie czy wy wszyscy już gnijecie? (17.05.2012)

22.40 piątek, 18.05.12
[…]

Wtedy usłyszałyśmy pojękiwania… i przekleństwa. A zarażeni nigdy nie wymówili pojedynczego słowa…

Rzuciłyśmy się do drzwi, ale Wiki szybko cofnęła się, ciągnąc mnie do tyłu za rękaw. Położyła palec na ustach i powoli sięgnęła do klamki. Przypomniałam sobie, że w ciasnym korytarzu proca nieszczególnie mi się przyda i schowałam ją, wyciągając tanto. Wiki pokazała mi, że mam być gotowa zaprzeć się o drzwi, gdyby ktoś próbował je otworzyć, po czym delikatnie je uchyliła i poczekała na jakąkolwiek reakcję z wnętrza domu. Nic się jednak nie stało, więc rozchyliła je mocniej i zajrzała do środka, trzymając się jednak w pewnej odległości od drzwi. Wtedy przypomniałam sobie te wszystkie tanie horrory które dla zabawy oglądałam z bratem- zawsze gdy bohater zagląda przez dziurkę od klucza, traci oko w dość… efektowny sposób. Raz w komedio-horrorze (nie wiem kto uznał to za komedię…) gałka oczna pozostała przy drzwiach, nabita na nożyczki… Co z biologicznego punktu widzenia jest raczej idiotyczne- nie powinna raczej powoli wypłynąć?

W każdym razie Wiktorii nic nie przebiło oka. Przez chwilę uważnie wpatrywała się w szparę, po czym powoli otworzyła drzwi na całą szerokość. Weszłyśmy do lekko mrocznego korytarza, w którym po obu stronach ciągnęły się drzwi. Nie było tam okien- jedyne światło wpadało przez małe, matowe szybki drzwi wiodących do salonu, kuchni i gabinetu z biblioteczką (w każdym razie, Monika mówiła że to gabinet jej ojca, ale nigdy w nim nie byłam). Na podłodze korytarza leżały dwie osoby, Henio i Janek, nad partią szachów. Zawsze mówili, że zabawniej się w coś gra nie pamiętając zasad… Nawet z bliska Henio wyglądał normalnie, na po prostu pijanego, choć leżał w cieniu więc niewiele widziałam. Jednak Janek, leżący w plamie światła i oparty o poręcz schodów na piętro, wyglądał na chorego- błyszczał się od potu, a jego twarz zastygła w lekkim wyrazie bólu… Wiktoria lekko i zwinnie ominęła chłopaków w największej odległości, na jaką pozwalał korytarz, i skierowała się w stronę źródła jęków. Powoli i niepewnie podążyłam za nią, z żalem spoglądając na ciała. Wiedziałam jednak, że nie mogę nawet sprawdzić, czy żyją, bo nawet gdyby przeżyli, to prawdopodobnie już zachorowali.

Wtedy wyraźnie usłyszałam głos Daniela. Natychmiast skupiłam się na nim próbując zrozumieć pojedyncze słowa, ale byłam zbyt przestraszona- krew szumiała mi w uszach, a nawet gdy usłyszałam jakieś słowo, byłam zbyt zestresowana aby odcyfrować jego znaczenie. Poza kojącym głosem kolegi z klasy słyszałam też jęki… a potem odgłos wymiotowania. Wiktoria stała już pod drzwiami łazienki, znajdującymi się na końcu korytarza, i nasłuchiwała. Dołączyłam do niej i usłyszałam, jak Daniel ofiarowuje komuś szklankę z wodą i ręcznik, po czym robi łagodne wymówki… wymieniając imię Magdy. Wtedy ją usłyszałam- mamrocząc przysięgała, że wcale nie wypiła aż tak dużo. Badawczo spojrzałam na Wiki, chcąc zobaczyć jej reakcję na wiadomość, że jej najlepsza przyjaciółka żyje. Wiktoria była jednak wciąż skupiona, w jakby „postawie bojowej”. Rozglądała się dookoła, uważnie przyglądając się drzwiom do salonu, jakby chciała przewiercić je wzrokiem. Dała mi znak, żebym się przygotowała, wróciła pod drzwi łazienki i cicho zapukała. Usłyszałam głos Magdy, każącej „komukolwiek” iść na piętro i tam skorzystać z łazienki. Wiki sięgnęła jednak do klamki, szybko wpuściła mnie do środka i zamknęła za nami drzwi.

Była to całkiem duża łazienka, więc bez problemu zmieściliśmy się tam w cztery osoby. Magda siedziała na podłodze i jedną ręką opierała się o brzeg muszli klozetowej, w drugiej ręce trzymając ręcznik. Była blada i wyglądała okropnie. Daniel siedział na brzegu wanny trzymając szklankę i butelkę wody mineralnej. Oboje patrzyli na nas ze zdziwieniem. Daniel zaczął pytać, skąd się tam wzięłyśmy, ale Wiki szybko kazała mu milczeć, zamknęła łazienkę od środka i przyłożyła ucho do drzwi. Wtedy, lekko skonsternowany, pytająco na mnie spojrzał, otwierając już usta… Po czym szybko je zamknął, z niedowierzaniem i strachem patrząc na nas. Także Magda miała wyraz osłupienia na twarzy. Mój wzrok przyciągnęło wtedy duże lustro nad umywalką.

Zobaczyłam przestraszoną dziewczynę w wieku jakichś osiemnastu lat, która mimo niepewnej miny miała ciemne, harde spojrzenie. Była blada, a jej brązowe, potargane włosy powypadały z wysokiego kucyka i owinęły się w lekkie kędziorki dookoła twarzy. Jej ubranie było całe poplamione rozbryzgami krwi. Na ramionach miała mały, czarny plecak, a w ręce ostry sztylet o groźnie błyszczącym ostrzu.


[…]

piątek, 3 stycznia 2014

Czarny humor

23.45 piątek 18.05.2012
                Jeszcze nikt nie wyprowadził mnie tak z równowagi jak zrobił to głos dobiegający z telefonu.  W głowie ciągle rozbrzmiewały mi niektóre słowa jakie usłyszałam.  Mimo wszystko za wszelką cenę chciałam się dostać do naszej klasy.  Istniała szansa, że Magda nie przemieniła się w istotę, która za chce cię tak mocno przytulić, że drobne rany typy ugryzienia to nic. Tak sobie pomyślałam  - ,,A może oni chcą tylko trochę czułości? I przy okazji zasmakować twojego ciała…’’. Eh. Czy ja kurczę zaczęłam żartować z sytuacji? Moje myśli mnie samą czasami przerażają. W międzyczasie gdy nawiedzały mnie te ,,chore” cosie, z szuflady wyciągałam rzeczy, które byłby potrzebne, m.in. dziesięć kunai, jakieś bandaże oraz sztylet tanto. Wszystko spakowałam do czarnej torby, którą zarzuciłam sobie na ramię a tanto od razu podałam Agacie.  Po drodze do wyjścia wstąpiłyśmy jeszcze do pokoju mojej towarzyszki, musiała wziąć jeszcze jakieś rzeczy.
                Prowadziłam samochód, a Agata przeglądała w tym czasie rzeczy, które ze sobą zabrała. Usilnie starałam jakoś uspokoić myśli. Bałam się tego co zobaczę, ale jeśli nie chciałam narazić Agaty na niebezpieczeństwo, za wszelką cenę musiałam się wyciszyć. Nie wiem czemu akurat w tym momencie przypomniałam sobie o tym dziwnym chłopaku z IIc. Zaczęłam się zastanawiać czy żyje.  Niby przeciętny, ale inny. I czemu akurat on zaczął chodzić mi po głowie? Potrząsnęłam głową. Musiałam się pozbyć tych myśli jak najszybciej.
                Do domu Moniki nie było daleko. Po jakiś 5 minutach byłyśmy już na miejscu. Mój wzrok omiótł ulicę. Dostrzegłam sześć truposzczaczków, które jakby nigdy nic włóczyły się po ulicy. Zwróciłam uwagę Agacie, a ta szybko wystrzeliła z procy w kierunku jednego z okien pobliskiego domu. Hałas zwrócił uwagę 5 z nich. Ten szósty musiał być strasznym uparciuchem i pewne za wszelką cenę chciał trochę czułości z naszej strony. Ja się zbytnio jednak tym nie przejęłam i mocniej nadepnęłam na pedał gazu  i z całej siły uderzyłam w niego. Usłyszałam trzask łamanych kości, a w mojej głowie rozległ się demoniczny śmiech ,,mwhahahaha’’. Powoli wycofałam i ominęłam ciało. Nie zamierzałam się odwracać.
                Zaparkowałyśmy na ulicy, ponieważ podjazd był już zajęty przez samochody osób, które jako jedyne miały prawko (hm sama go nie miałam, ale jakoś tak wyszło, że prowadzić już umiałam, ale skoro zaczęła się apokalipsa to chyba nikt nie będzie sprawdzał czy mam prawko) i związku z tym nie mogły pić na 18stce.    
                Wysiadłyśmy z auta. Byłam w pewnej gotowości na odparcie ataku tych słodkich istotek. Naszła mnie straszna ochota na czarny humor, ale co zrobić. Najchętniej pozabijałabym wszystko co się rusza i ma w stosunku do mnie i żywych ludzi wokół mnie wrogie nastawienie. Nie wiem co spowodowało tą całą zarazę, ale gdyby okazało się, że to jakiś człowiek. Oj… to wtedy lepiej niech mnie nie spotka, bo będzie miał ciężkie życie. Na ulicy mimo wszystko panował błogi spokój. Zadbane trawniki pięknie komponowały się z powybijanymi szybami i plamami krwi. Jednym słowem tak piękny krajobraz, że aż by się chciało zamieszkać w takiej sielskiej okolicy z elementami grozy. Czemu nie, komu przeszkadza trochę krwi i sąsiadów, którzy chcieli by cię zjeść. Chociaż przynajmniej żaden nie obgadywał by cię przed innym. Wystarczyło by załatwić jakieś miny w ogródku, system antyzombiakowy i można żyć.  Wracając do rzeczywistości. Razem z Agatą zajrzałyśmy przez okno domu Moniki. Sceneria jak z normalnej 18stki, czyli w skrócie krajobraz po popijawie. Jednak  impreza trwała dopiero dwie i pół godziny i tylko naprawdę zdolne osoby potrafiłby się spić tak mocno w tak krótkim czasie. Jedna krótka myśl ,, To nie alkohol’’.
                Spojrzałam na Agatę. Wiedziałyśmy, że dla większości tych znanych i lubianych przez nas osób jest już za późno.

niedziela, 1 września 2013

Spokój majowego popołudnia (17.05.2012)

22.35 piątek, 18.05.2012
[…]
W duchu odetchnęłam z ulgą. Bezpośrednie zagrożenie bycia wykrytym przez policję minęło. Teraz, gdy podniecenie walką opadło, zdałam sobie sprawę, że moje chwilowe bezpieczeństwo oznacza brak pomocy ze strony policji- a przecież, poza wojskiem, to policja miałaby największe szanse przywrócić porządek… gdyby jeszcze działała. Gdyby jeszcze do czasu przybycia posiłków przeżył ktoś, dla kogo można by przywracać porządek…

Ale… skąd mogłyby przyjść posiłki? Czy okoliczne wsie też są zainfekowane? Czy nawet Wrocław jest opanowany chorobą? Czy może jednak to tylko tu, a rodzice i brat są bezpieczni? Niepewność i brak jakichkolwiek informacji przytłoczyły mnie… Czułam się mała i nieważna, a jednocześnie osaczona w tym ciasnym, wręcz klaustrofobicznym pokoju. Chciałam natychmiast się stamtąd wydostać.

Spojrzałam na Wiktorię. Wciąż była mocno wzburzona, zdawała się także zatopiona we własnych myślach. Była jednak wyraźnie zdecydowana dotrzeć do naszej klasy, bez względu na ryzyko. Przeszukiwała jakąś szufladę, wyciągając z niej dziesięć małych nożyków, bandaże i sztylet (nie mam pojęcia jak udało jej się zabrać to wszystko do internatu), po czym spakowała się do czarnej torby na ramię. Spojrzała na mnie i po chwili namysłu oddała mi sztylet. Powiedziała, że metalową rurą nieszczególnie można się bronić. Żałowałam jednak, że sztylet jest taki krótki… Wtedy przypomniałam sobie, że pewnie mam gdzieś w pokoju procę, którą dostałam od wujka Cezarego. Nie chciałam wracać do pokoju 2.07, ale czy w tej sytuacji miałam wybór? Wszystko może nam się przydać. Poprosiłam Wiki, aby przed wyjściem wstąpić do mojego pokoju.

W drodze do domu Moniki przejrzałam jeszcze raz zawartość swojego plecaka i kieszeni. Mocne rękawiczki sportowe (takie bez palców), proca, około 50 metalowych i szklanych kulek do gry (postanowiłam używać ich jako amunicji), środki przeciwbólowe i rozkurczowe, maści na oparzenia i temu podobne, chusteczki i płyn dezynfekujący, waciki, butelki z wodą, czekolada i herbatniki (zawsze mam trochę na wypadek odwiedzin znajomych), mała apteczka (którą dostałam za jeden z konkursów pierwszej pomocy), komórka i klucze. Do małej kieszonki wrzuciłam kolczyki i naszyjnik (nie chciałam ich zgubić, poza tym noszenie ich w walce byłoby niebezpieczne), a na sobie zostawiłam jedynie zegarek. Do plecaka wpakowałam także bluzę, przez co wszystkie przedmioty w środku były miękko trzymane w miejscu. Do paska spodni przytroczyłam pochwę z tanto- sztyletem, który otrzymałam od Wiki. Miałam nadzieję, że to wystarczy…

Droga zajęła nam jakieś pięć minut i około 18.40 byłyśmy niedaleko domu Moniki. Gdy brakowało nam kilkunastu metrów do drzwi, Wiktoria zwróciła mi uwagę na sześcioro osób włóczących się po ulicy osiedla. Wyjęłam procę i wycelowałam w okno jednego z domów… na szczęście hałas zwrócił uwagę większości chorych, którzy ruszyli w jego stronę i wdrapali się do środka przez okno. Pozostał tylko (lub aż) jeden mężczyzna- wcześniej musiał usłyszeć cichy pomruk silnika i nic nie zrobił sobie z mojej próby odwrócenia uwagi… Wiktoria stwierdziła, że nie mamy na to czasu i ruszyła. Zaczęła przyśpieszać w jego stronę… zamknęłam oczy. Usłyszałam uderzenie, trzask łamanych kości i nieludzki warkot wściekłości i bólu, przy czym mocno szarpnęło samochodem. Wiktoria wycofała i minęła ciało. Nie odwróciłyśmy się za siebie.

Samochód miał zostać na ulicy przed domem Moniki, ponieważ podjazd był zajęty przez siedmioosobowego sharana Daniela, który pożyczył go od ojca. Za autem Daniela stał volkswagen Ani, a w garażu były jeszcze pewnie auta Roberta i Kaśki. Ta czwórka miała nie pić na tej osiemnastce, bo chociaż mogliby, to są także jedynymi osobami posiadającymi nie tylko prawo jazdy, ale także dostęp do samochodów. Mieli oni odwozić wszystkich do domu.

Wysiadłyśmy z samochodu rozglądając się uważnie dookoła. Miałam wrażenie, że za chwilę wyskoczy na nas horda wściekłych ludzi… ale nic się nie działo. Na ulicy panował spokój ciepłego, majowego popołudnia, z którym kontrastowały otwarte na oścież drzwi do niektórych mieszkań, wybite okno z szkłem rozsypanym na idealnie przystrzyżonym trawniku, ślady krwi na chodniku i powyginane ciało leżące na środku ulicy.

Otrząsnęłam się i powoli zajrzałam przez okno domu Moniki. Zobaczyłam scenę jak po popijawie- jakieś dwadzieścia osób leżących gdzie popadnie w obszernym salonie połączonym z kuchnią. Jednak to były osoby, które od dawna znam, nie było nawet siódmej wieczorem, a urodziny trwały  dopiero dwie i pół godziny. Zbyt dobrze wiedziałam, że to nie alkohol ich zmorzył.


Wymownie spojrzałam na Wiktorię. Odwzajemniła spojrzenie. Obie wiedziałyśmy, że jest już za późno.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Telefon na komisariat


Legenda:
+ głos ze słuchawki
- Wiktoria
~ Agata

+Słucham?
Wiktoria, zdumiona spokojnym męskim głosem dobywającym się ze słuchawki, tak bardzo kontrastującym z horrorami, które dziewczyny przed chwilą przeżyły, przez chwilę oniemiała gapiła się w telefon. Po chwili zreflektowała się:
-Czy… dodzwoniłam się na komisariat?
+Tak, co się stało?
Wiktorii, pod wpływem niezmiennie stoickiego głosu puściły nerwy.
-Jak to, co się stało?! Wyjrzyj przez cholerne okno!
+Widzę co się stało, czy mogę ci pomóc?
-Nie no, nie musisz nam pomagać, tak sobie tylko dzwonię, żeby z kimś pogadać… No jak myślisz? Tak, możesz nam pomóc! Razem z koleżanką utknęłam w szkolnym internacie przy liceum, a wokół roi się od… potworów!
+No nie mogę ci teraz przysłać wsparcia.
W tym momencie wtrąciła się Agata:
~To co wy teraz wszyscy robicie? Dlaczego nikt nic z tym chaosem nie robi?
+To zależy kogo masz na myśli mówiąc „wy”. Jeśli masz na myśli policjantów, prawdopodobnie włóczą się gdzieś ze swoimi sztywnymi koleszkami.
~To znaczy… że policja… nie istnieje?!
+Nie istnieje to złe słowo, gnije sobie gdzieś na mieście.
-To kim ty do jasnej cholery jesteś?!
+Księciem Ciemności. Czy to ważne? Teraz liczy się przede wszystkim wyciągnięcie was stamtąd. Potrzebujecie nagłej pomocy czy jesteście chwilowo bezpieczne?
-Chwilowo tak, pozbyłyśmy się największego zagrożenia.
+Łał, mam do czynienia  z profesjonalistkami. Czy któraś z was jest poważnie ranna ranna?
-Nie, jestem tylko draśnięta.
+Czy któraś z was wykazuje jakieś objawy choroby?
-Co masz na myśli?
+Macie gorączkę albo coś innego? Czy któraś czuje się chora?
Dziewczyny pytająco spojrzały na siebie.
~Nie, chyba wszystko w porządku.
+A kojarzycie, czy ktoś jeszcze mógł mieć tyle szczęścia co wy i wciąż żyje?
~Ludzie z naszej klasy są na imprezie urodzinowej… Na… Wietrznej 30?
+Cholera… To daleko ode mnie… Nie wyrobię się ze wszystkimi…
-To same tam pójdziemy, skoro Szanowny Pan Ja-Się-Nie-Wyrobię nie może! Jest Apokalipsa! A ty mówisz, że się nie wyrobisz? O matko, człowieku!
+O matko, małpko!
-Małpko?! Jeszcze po zdrobnieniach do mnie?! Jak dla ciebie to Pani Małpa! Kim ty niby jesteś że się tak do mnie odzywasz?
+Jestem początkiem i końcem.
-Jak tam dojdę, to ci tak koniec złoję, że początku nie będziesz pamiętał!
W tym momencie Agata wyrwała Wiktorii telefon.
~No dobra, koniec tego dobrego! Pomożesz nam czy nie?!
+No.. Wiecie, mogę wam pomóc, ale mam tu jeszcze innych ocalałych na głowie, wszyscy potrzebują pomocy…
-No to idziemy same!
+Poczekajcie, macie przynajmniej jakąś broń?
-Mamy katanę, potrafimy się bronić!
+Aaa, katanę macie? Nooo, to zmienia postać rzeczy, nie no, z takim orężem idźcie wyzwalać miasto, może od razu się na krucjatę zapiszecie?
-Czy ty uważasz, że nie potrafię się nią posługiwać?
+Tego nie powiedziałem, ale próbowałaś kiedyś przebić się czymś takim przez 600 osób? Spróbuj, zobaczymy jak ci pójdzie. Ale teraz na poważnie: przeciwko średniej liczbie przeciwników bez problemu dacie sobie radę, ale na otwartym terenie w tłumie przeciwników zginiecie. Nie będziecie miały szans…
~Nie będziemy wychodzić na otwartą przestrzeń- pojedziemy autem. A na miejscu… Cóż, spróbujemy wynieść się stamtąd  jak najszybciej się da.
+Czy was Bóg opuścił?
~Możliwe. Ale my nie opuścimy naszych przyjaciół.
+Dobra, jeśli już koniecznie musicie iść, to w takim wypadku miło byłoby was w najbliższym czasie zobaczyć żywe. Dziś albo jutro wszystkie osoby które uda mi się odnaleźć zaprowadzę do bunkra znajdującego się pod liceum. Postarajcie się też tam dotrzeć.
~No to… do zobaczenia?
-Żegnaj.
Wiktoria oschłym tonem rzuciła w stronę słuchawki.
+Ciao.
Agata rozłączyła się. Spojrzała na Wiktorię i obie ruszyły ostrożnie w stronę drzwi.