czwartek, 20 grudnia 2012

Przekonywanie do wyjazdu


23:16 czwartek, 17.05

Ja... Pomyślałam, że napiszę jak to wszystko się dla mnie zaczęło. Więc...

Było to bodaj miesiąc temu. Chyba 18.04 w środę (wiem, że to środa, bo sprawdziłam w kalendarzu na fonie...). Przyjechała do mnie przyjaciółka (Basia). Chciałyśmy zrobić sobie mały seans filmowy. Mamy trochę odmienne zdanie jeśli chodzi o filmy... Ona lubi bardziej komedie romantyczne (za którymi ja osobiście nie przepadam, ale ok...), więc się trochę o to pokłóciłyśmy. Przerwał nam przyjazd Anity i Damiana. Trochę dziwnie się zachowywali. Po przywitaniu się Damian powiedział, że ma pewną propozycję... Zapewne posłałam mu wtedy moją minę w stylu WTF? Ale pewna nie jestem... Opowiedział mi, że organizują 18.05 – 20.05 CBF (Czochraj Bobra Fest – festiwal, na którym występują kapele rockowe, metalowe i punkowe. Można tam też posłuchać i potańczyć do dubstepu, oglądać fireshow i wiele innych ciekawych atrakcji). Powiedział, że odbywa się to w Mroczkach (wtedy pierwszy raz dowiedziałam się, że istnieje wogule taka miejscowość...) i że potrzebują jeszcze jednej osoby do fireshowu (kręcenia płonącymi kulami, plucie ogniem, itd.). Wtedy chyba powiedziałam, że rodzice nie pozwolą mi jechać, bo szkoła jest, a on musiał oczywiście mi taką poradę dać, że pożal się Boże... Powiedział, żebym ich przekonała (co zapamiętałam do dziś, bo mnie to trochę zirytowało).

Po zaproponowaniu mi tej... Propozycji? Chcieli jechać, ale że nie pasowało mi to, że przyjechali tylko po to, by mi to przekazać (mają do mnie jakieś 2 godziny jazdy... Przecież mogli zadzwonić nie?), zapytałam Anitę o co im tak właściwie chodzi. Anita powiedziała, że nowiny przekazali już rodzicom... Powiedziała, że jest w ciąży! Jeśli mam być szczera to przyznam, że przez dobra kilka minut nie wiedziałam co powiedzieć. Zamurowało mnie po prostu… Pomyśleć, że miałam zostać ciocią! W tym momencie byłam szczęśliwa jak nigdy xD. Jeszcze chwilę pogadaliśmy i pojechali rozgłaszać dobre wieści gdzie indziej...

Aktualnie zastanawiam się czy Anita i Damian żyją... Jeśli tak to mam nadzieję, że dziecku też się nic nie stało... Wracając do opowieści...

Po tym jak pojechali byłam taka szczęśliwa, że zgodziłam się z Basią na kompromis... Nie pamiętam zbytnio już co to była za kompromis, ale ok. Gdy Basia pojechała do domu poszłam zapytać, czy mogę iść na CBF... Jak się spodziewałam, mama odmówiła. Nie rozpaczałam z tego powodu... Miałam jeszcze miesiąc...

Gdzieś po tygodniu żmudnych starań zadzwoniłam do Anity i powiedziałam, że nie potrafię przekonać mamy, by mi pozwoliła jechać (przeważnie jest tak, że jeśli mama się zgodzi to tata też). Jeśli pytam o pozwolenie mamy to zawsze jest tak samo, czyli mama wysyła mnie do taty, tata do mamy i tak w kółko... Po jakimś czasie można się wkurzyć... I oczywiście musiałam znowu dostać taką zajebistą poradę, a mianowicie, że mam jeszcze dużo czasu i mam próbować... I kurde jak tu się nie wkurzyć?!

Później, gdzieś na początku miesiąca (może był to nawet 01.05) rozmyślałam o tym wszystkim w szkole, a pamiętam to, bo w trakcie tych rozmyślań bawiłam się ekierką przyjaciela (Alexa) i oczywiście musiałam ją połamać... Zarobiłam tym trochę docinków, ale ok... Sam Alex śmiał się ze mnie. Oczywiście musiał mi też przypomnieć, że to jego jedyna ekierka... Jako zadośćuczynienie zapytałam, czy nie chciałby pojechać ze mną na CBF... Zgodził się. Po chwili powiedziałam mu, że jeszcze nie jestem pewna czy wgl pojadę, a on do mnie ze swoim stwierdzeniem, że znając mnie, na pewno wnerwię kogoś tak bardzo, że mając mnie już dość, będzie chciał się mnie pozbyć... Debil rzecz jasna musiał się domyślić (co było kurde cholernie trudne... -_-), że to moi nie chcą mi pozwolić... Później powiedział (zbyt pewny siebie jak na mój gust), że mam dać mu znać gdy mi pozwolą... Spoko... Nie ma co...

16.05 w środę (co doskonale pamiętam) znowu przekonywałam rodziców... Jako argumentu użyłam faktu, że przecież nie wypalę kilograma trawki. Ciszej dodałam, że najwyżej jednego skręta, czego na szczęście nie usłyszeli, bo miałabym przerąbane...

W trakcie mojej i mamy dyskusji wtrącił się tata z tekstem, żeby mi w końcu pozwoliła jechać, co ich zamęczę (co było trochę bardzo prawdopodobne). W chwili gdy to powiedział zatkało mnie i zaczęłam się na niego gapić jak jakaś... No... Mniejsze z tym... Powiedzmy po prostu, że byłam cholernie zdziwiona. Kiedy wreszcie odzyskałam mowę powiedziałam mamie, że nie opłaca się tak ze mną męczyć i że wiem, że z czasem moje wnerwianie robi się coraz gorsze... Po chwili zastanowienia zgodziła się.

czwartek, 13 grudnia 2012

Spotkanie w szpitalu (17.05.12)


Agata, wykończona płaczem, siedziała skulona pod ścianą. Przytłoczona poczuciem winy nie zauważała upływu czasu. Nagle zwróciła uwagę na tajemnicze kroki na korytarzu, chwyciła metalową nóżkę lampy i podniosła się, gotowa do obrony. Niestety wycieńczenie i stres całego dnia w tym momencie dały o sobie znać. Zachwiała się i dla utrzymania równowagi przykucnęła na podłodze. W tym momencie zadzwoniła jej komórka.
-Halo, Agata?
~Wiktoria! Ktoś jeszcze tu jest!
-Jestem już w szpitalu. Gdzie ty jesteś do cholery?
~Na oddziale wewnętrznym, w dyżurce na parterze.
-Już tu jeste… Co do cholery?
~Co jest? Wiki, jesteś tam?
-Tak, tylko tutaj był ktoś jeszcze…
~Wiki! Uważaj! Jakiś czas temu na korytarzu było bardzo głośno… Nie wiem co się tam działo…
-Cokolwiek to było, to najpierw trzeba cię stąd wydostać.
~Obawiam się że się zaklinowałam… ustawiłam barykadę za drzwiami, ale teraz nie potrafię jej przesunąć…
- No dobra. Czy w szpitalu znajdę coś, czym mogę rozwalić drzwi?
~Umm…Wydaje mi się, że w składziku od sprzątaczek są schowane toporki przeciwpożarowe.
- Dobra, zaraz wrócę.
Wiktoria rozejrzała się uważnie po korytarzu. Ostrożnie przekraczając trupy ruszyła w głąb oddziału. Wypatrywała plakietki z napisem ,,Pomieszczenie personelu”. Szybko natknęła się na poszukiwane drzwi. Naciskając klamkę mruknęła pod nosem :
-Oczywiście zamknięte… - po czym cofnęła się o krok i otworzyła drzwi gwałtownym kopniakiem. Toporki wisiały na ścianie, w metalowej szafce ze szklaną szybką. Uniosła swoją katanę i jej rękojeścią rozbiła szkło. Miecz umieściła w pochwie i chwyciła leżącą nieopodal szmatkę, żeby nie skaleczyć sobie rąk o połamaną szybę. Wyjęła toporek i czym prędzej pobiegła do Agaty. Zwróciła się do trupa, który był oparty o drzwi ,,więzienia’’ Agaty:
- Trzeba cię ruszyć kolego, tylko żadnych gwałtownych ruchów.
Dziewczyna delikatnie zepchnęła go w bok. Przystąpiła do głównej akcji, wcześniej krzycząc do koleżanki aby się odsunęła, i rozpoczęła rąbanie drzwi. Po kilku minutach na jej szyję rzuciła się podenerwowana Agata prosząc ją o wybaczenie.
~Wybacz mi! A to coś ciągle może tu być! Przepraszam! Nie wiedziałam co robić! Mogłaś przeze mnie tu zginąć!
-Nie tak łatwo mnie zabić, Aga.
Agata otworzyła załzawione oczy i jej wzrok padł na trupy walające się wokół. Zszokowana zachwiała się, zatoczyła do tyłu i potknęła o jednego z nich.
~O mój Boże! Co to jest?!
-Spokojnie, potknęłaś się tylko o mojego kolegę, którego musiałam przesuwać spod drzwi – powiedziała Wiktoria z nutką żartu w głosie mając nadzieję na uspokojenie koleżanki.
Aga poderwała się na nogi i na wszelki wypadek odsunęła się od ciał.
~Ty to wszystko zrobiłaś?!
-Nie, jak wpadłam do szpitala to one wszystkie były już w takim stanie, łącznie z kolegą na drzwiach. Poza tym mają wyraźne ślady po kulach w płacie czołowym. Ha, uważało się na lekcjach biologii!
~Jakim cudem możesz jeszcze żartować po tym co się stało? Chwila… Co się tak właściwie stało?
-Do końca nie wiem co się dzieje, ale sądzę, że dzieje się to w całym mieście, bo w naszym internacie wyeliminowałam już takich trzech… a raczej dwóch i jedną. A żartować umiem, bo to pozwala mi się skupić i nie myśleć o tym co robię. W końcu ten nasz znajomy odźwierny pewnie miał jakąś rodzinę, a ktoś go zamordował z zimną krwią… nawet jeśli ten stał się bezmózgim potworem.
~No właśnie, potworem… One ciągle mogą się tu gdzieś kręcić, wynośmy się stąd!
Dziewczyny rozglądając się na boki ruszyły w stronę wyjścia. Idąc, Wiktoria przyjrzała się Agacie.
-Patrząc na ciebie sądzę, że nie dasz rady dalej biec.
~Obawiam się że masz rację…
-Mam pomysł! Ukradniemy samochód!
~Zwariowałaś? W biały dzień? Spod szpitala?!
-Biorąc pod uwagę stan mijanych dzisiaj przeze mnie osobników, właściciel raczej się o niego nie upomni – rzuciła Wiktoria z przekąsem.
~Mimo wszystko najpierw musiałybyśmy umieć go otworzyć.
-Zobaczy się na miejscu.
Dziewczyny dotarły na parking. Przeszukując go, trafiły tylko na jeden samochód, który mogłyby ,,pożyczyć”, niestety z kierowcą w środku. Ostrożnie otworzyły drzwi szoferki.
-Proszę pani?
~Obawiam się że trup ci nie odpowie...
- Więc szanowna pani wybaczy, ale musimy pożyczyć sobie pani auto – odezwała się Wiktoria chwytając trupa za ramiona i z pomocą Agaty wyciągając go na zewnątrz. Dopiero po wyjęciu starszej pani dziewczyny zauważyły plamy krwi na szalu i koszuli pokrzywdzonej. Agata delikatnie odsunęła szal. Ich oczom ukazały się wyraźne ślady zębów. Najwyraźniej staruszka szalem próbowała zatamować krwawienie, ale nie udało jej się. Czuły lekkie opory do użycia samochodu, w którym przed chwilą ktoś umarł, ale nie mając innego wyboru wsiadły do niego. Wiktoria mocno chwyciła kierownicę i ruszyła z piskiem opon.